Kultura nie chroni nas przed niczym.
Naziści są tego dowodem.
fragment wywiadu opublikowanego „El País”
(…) Z tego co pan mówi, można
wywnioskować, że niczego nie możemy być pewni, nawet kiedy oparcia szukamy w
kulturze.
Oczywiście. Tylko ktoś naiwny może wierzyć, że kultura służy temu, byśmy byli grzeczni i sympatyczni.
I w żadnym wypadku nie możemy od niej oczekiwać pomocy?
Kultura nie chroni nas przed niczym. Pokazali to dobitnie naziści. Można podziwiać Beethovena albo Mozarta, czytać Fausta Goethego i mimo to być świnią. Nie ma żadnej bezpośredniej łączności między kulturą przez duże „K” a orientacją polityczną.
Albo etyką…
Właśnie. Przez postać Maxa staram się ukazać, że istniał pewien moment historyczny, w którym przyłączenie się do nazistów stanowiło dla wielu możliwość etycznego wyboru. Ci ludzie nie przechodzili w ten sposób na stronę zła. (…) W ten sam sposób człowiek decyduje się na demokrację. Być demokratą pod pewnymi względami może nawet dziś oznaczać, że się jest częścią całości, która ponosi odpowiedzialność za straszliwe rzeczy i popełnia błędy. Ci, którzy wybrali nazizm, uczynili to ze świadomością, że obrali konkretną drogę i musieli naprawiać wszelkie popełniane na niej błędy.
A jednak ta katastrofa i bankructwo ideologii obnażyły nas, uczyniły jeszcze bardziej niepewnymi i podatnymi na zranienie.
Takie jest życie.
Chciał pan w swojej książce pokazać, że po tym wszystkim nie pozostaje już nic, czego człowiek mógłby się uchwycić?
Nie jestem relatywistą.
Czyżby?
Ani trochę. Moją pracą chciałbym się przyczynić do lepszego zrozumienia naszych decyzji. Zrozumienia, dlaczego były one takie, a nie inne. Mam swoją własną etykę i nie wierzę, że chodzi tylko o proste „albo-albo”. Mając trochę szczęścia, wybiera się godną drogę życiową. Nawet w trudnych czasach można zdecydować się na to, co właściwe, ale oczywiście jest to trudne. Dziś prawie nikt nie pyta o moralną wartość kapitalizmu czy demokracji. Prawie nikt nie widzi, że są pewne rzeczy, które należałoby zbadać. Byłbym zadowolony, gdyby ta książka wykazała, że dziś istnieje wiele dróg, wiele opcji etycznych, na które możemy się zdecydować, ponieważ mamy za sobą określone doświadczenia i wyciągnęliśmy z nich odpowiednie wnioski. Mimo to, młodzi ludzie ze wszystkich stanów USA decydują się na wyjazd do Iraku i torturowanie innych. Pod względem moralnym muszą być bardzo zagubieni. Ten chaos zrozumiemy jednak, gdy uzmysłowimy sobie, że w USA są prawnicy, którzy opowiadają się za stosowaniem przemocy w czasie śledztwa. Czego więc można w tej sytuacji oczekiwać? Kiedy decyzję o użyciu tortur pozostawia się wojsku – co może się zdarzyć? Jaką różnicę robi fakt, że mogą „przesadzić”? Gdy całą czarną robotę wykonują najemnicy, nie powinna dziwić skala okrucieństwa. Nie ma żadnych zasad. Problem w tym, że to co trzyma nas w ryzach, nie ma społecznej natury. Nie możemy oczekiwać, że ktoś nie będzie zdolny do przemocy, skoro jest sympatycznym facetem. Przeciwnie, należy się domagać, by nikt nie miał prawa dręczyć drugiego człowieka. By prawo zakazujące stosowania przemocy było respektowane w każdych okolicznościach, a nie relatywizowane ze względu na sytuację polityczną.
Lekarstwem przeciw relatywizmowi nie jest także ani żaden absolutyzm, ani żadne czarno-białe schematy. Co może być rozwiązaniem?
Jeśli Boga nie ma, jesteśmy w kłopocie. Wartości muszą do czegoś odsyłać i skądś brać swój początek. Trudno wprowadzać jakiś etyczno-moralny porządek w świecie bez Boga. Próbowały to robić różne ideologie, ale także i one poniosły klęskę. Na iPodzie nie można zbudować systemu etycznego, tak samo jak na handlu czy przemyśle reklamowym. Wartości, które narzucają nam pieniądze i konsumpcja, są niczym. Nasze społeczeństwo zatraca się we wspomnieniu, że kiedyś opowiedziało się po stronie dobra. Żyje pozostałościami.
Wywiad przeprowadził Jesus Ruiz Mantilla.















